Gryfonka nie wiedziała co o tym wszystkim sądzić. Nie chciała łamać zasad, ale z drugiej strony intuicja mówiła jej, że jeżeli nie pójdzie się spotkać się z Fredem, to ominie ją coś ciekawego.
A co! Raz się żyje! - myślała dziewczyna.
Zresztą o jedenastej miała Obronę Przed Czarną Magią, więc zrywając się z lekcji przy okazji zrobi na złość Umbridge. Na jej lekcje przychodziła ledwie garstka uczniów której zależało na ocenach. Wszyscy inni woleli oblać, niż użerać się z tą różową landryną. Tak, warto uciec z tej lekcji chociażby z tego powodu.
***
Kiedy dochodziła jedenasta Harry, Ron i Hermiona byli na szkolnym dziedzińcu. Chłopcy grali w Eksplodującego Durnia wraz z Nevillem i Deanem Thomasem. Hermiona siedziała z boku na ławce i powtarzała wiadomości z Transmutacji. Gryfoni chcieli, żeby dziewczyna z nimi zagrała, ale ona wywinęła się nauką. Nigdy nie przepadała za tą grą.
- O Kurcze! Harry! Zaraz Obrona przed Czarną Magią - powiedział Ron.
Jego przyjaciel popatrzył się i uśmiechnął się dziwnie.
- No i co z tego? Przecież nie chodzimy na zajęcia z tą ropuchą od początku roku. Co, zatęskniłeś za nią? - zażartował Harry, a Dean i Neville (którzy także opuszczali zajęcia prowadzone przez Umbridge) wybuchnęli śmiechem.
- Hermiono, za 10 minut zajęcia u Umbridge. Powinnaś się już zbierać, jeśli nie chcesz się spóźnić - powiedział chłopak, stojąc nad nią i szturchając ją w ramię.
Szatynka przez chwilę popatrzyła się na niego zawistnym wzrokiem, który oznaczał mniej więcej
"NIE-PRZESZKADZAJ-MI-KIEDY-CZYTAM-BO-SKOŃCZY-SIĘ-TO-DLA-CIEBIE-ŹLE", ale chwilę potem powiedziała spokojnie:
- Nigdzie nie idę.
- Cooo?! - zapytał z niedowierzaniem Ron, podchodząc do przyjaciół.
- Czy w tym coś dziwnego? Może ja też mam już dość tej różowej flądry, hmm? - powiedziała Hermiona - Och, i zapomniałabym, idę, ale na pewno nie na lekcje. Tak się składa, że ktoś na mnie czeka. - widząc malujące się zdziwienie na twarzach Gryfonów, spojrzała na zegarek, chwyciła torbę i pobiegła w stronę błoni.
Harry i Ron jeszcze przez chwilę stali zmieszani zachowaniem Hermiony. Ona, wzorowa uczennica, tak po prostu zrywa się z lekcji? To do niej wielce nie podobne. Po chwili ciszy Weasley odezwał się pierwszy:
- Jak myślisz, kto na nią czeka? Czy… Czy aby Krum nie przyjechał znowu do Hogwartu?
Harry tylko wzruszył ramionami i rzekł:
- Ja bym się raczej zastanawiał nad tym gdzie jest Hermiona Granger i co jej zrobiła ta dziewczyna która była tu przed chwilą.
***
Hermiona szła szybkim krokiem przez zamek, kierując się na błonia. Była obrażona na swoich przyjaciół, że nawet oni traktują ją jak kompletną kujonicę. Ze strony Freda to jeszcze można by zrozumieć, ale oni?! Jej przyjaciele którzy spędzają z nią tyle czasu? Ma przecież inne zainteresowania niż książki…
No dobra, może nie ma, ale co z tego? Czy ktoś kto jest inteligentny musi być od razu kujonem i kompletnym sztywniakiem? Hermiona wcale kimś takim nie była. Albo tak się jej zdawało.
Gryfonka tak była zajęta monologiem wewnętrznym, że nawet nie zauważyła kiedy znalazła się na błoniach. Właśnie wtedy doszło do niej, że nie ma pojęcia, gdzie to Fred może na nią czekać. W jego liście pisało tylko "szkolne błonia, niedaleko jeziora". To mogło być praktycznie wszędzie! Błonia przecież rozciągały się właściwie praktycznie przez cały teren wokół jeziora.
Gdy szatynka tak się zastanawiała, gdzie to może rudowłosy na nią czekać, usłyszała świergotanie jakiegoś ptaka na pobliskim drzewie. Odwróciła się i zobaczyła kanarka. Jednak wyglądał trochę inaczej niż te kanarki które już kiedyś widywała. Miał żółte piórka, ale takie jakby wypłowiałe z koloru, prawie białe. Zresztą, może to dziwne, bo ptaki raczej nie mają w zwyczaju okazywania swojego nastroju, ale mogłaby przysiąc że wydawał się zirytowany i jakby trochę rozzłoszczony. Ciągle skakał po gałęzi i patrzył się na Hermionę jakby coś chciał jej przekazać.
W końcu zirytowany kanarek odleciał. Hermiona patrzyła jak odfruwa. W pewnej chwili zatrzymał się w powietrzu i obrócił w jej stronę. Znowu zaczął głośno świergotać i patrzeć się na nią.
No tak! Chce żebym za nim poszła! - pomyślała Gryfonka.
Pobiegła za nim w stronę błoni wokół jeziora. Kilka razy prawie zgubiła kanarka, bo te błonia wokoła jeziora były bardziej zarośnięte, ale po kilku jego (jak jej się wydawało) zirytowanych świergotach, odnajdywała go z powrotem.
Nie minęło kilka minut, kiedy dotarła ze swoim "przewodnikiem" na małą polankę. Było na niej mnóstwo kwiatów, ciągnął się z niej cudowny widok na jezioro i nawet z boku płynął mały strumyczek. Pierwsza myśl Gryfonki kiedy ją ujrzała była "Jak tu pięknie". Nie wiedziała, że Hogwardzkie błonia kryją w sobie takie piękne miejsca.
Nagle zza drzew wyszli dwaj młodzi, rośli chłopcy z włosami odcienia płomienie rudego. Byli właściwie identyczni, jeśli nie liczyć kilku szczegółów. Z daleka jednak praktycznie nie dało się ich odróżnić.
Kanarek, który przyprowadził Hermionę w to miejsce, podleciał do jednego z bliźniaków i usiadł mu na ramieniu. Być może dziewczynie się coś przewidziało, ale wydawało jej się, że chłopak coś szepnął do kanarka.
Hermiona ruszyła pewnym krokiem w stronę Gryfonów, zafascynowana tym zdarzeniem.
W jakiś sposób musieli zmusić tego małego ptaszka, żeby poleciał i tu ją przyprowadził. Może go wytresowali?
Kiedy do nich podeszła, z uśmiechem na twarzy powiedzieli równocześnie:
- Cześć Hermiono.
Szatynka też się do nich uśmiechnęła i powiedziała:
- Cześć George, cześć Fred.
- To miłe z twojej strony, że się jednak pojawiłaś - powiedział Fred i puścił jej oczko.
Hermiona uśmiechnęła się zgryźliwie.
- Demoralizujecie mnie. Jak tak dalej będzie to mnie przez was wywalą ze szkoły - powiedziała dziewczyna z dramatycznym akcentem, co rozśmieszyło braci. Przypomniała się jej sytuacja z pierwszego roku. Tyle, że wtedy brała jeszcze na poważniej szkolne zasady niż dziś.
- O niczym innym nie marzymy! - odezwał się Fred.
- Gdyby to zależało od Umbridge, to połowa uczniów już dawno wyleciałaby ze szkoły - dodał George - Auu - syknął kiedy kanarek siedzący mu na ramieniu dziabnął go w szyję - No dobra, już dobra - powiedział Gryfon.
Hermiona była strasznie zdziwiona. Dlaczego George mówi do tego kanarka? To ewidentnie nie mógł być zwyczajny ptak…
- Hermiono. Teraz się nie przestrasz. Uwierz, chcieliśmy mu tylko dać nauczkę - szepnął do niej Fred, kiedy George wyciągnął różdżkę i skierował ją na kanarka.
Po chwili ptak zaczął rosnąć i zmieniać się gwałtownie. Przed trójką uczniów Gryffindoru leżał Dracon Malfoy.
- Malfoy?! - krzyknęła dziewczyna.
Ślizgon wstał i popatrzył się na nią i Weasleyów z pogardą.
- Mój ojciec się o tym dowie! - wrzasnął do nich.
Bliźniacy tylko uśmiechnęli się szerzej.
- O, na pewno? A czy chciałbyś, żeby ktokolwiek dowiedział się, że ci "zdrajcy krwi" Weasleyowie zamienili cię w małego, bezbronnego ptaszka, co? - powiedział kpiąco Fred.
- Tak potężny i złowrogi czarodziej jak Lucjusz Malfoy, chyba by się zapadł ze wstydu, gdyby się dowiedział, że jego synek nie potrafi nawet ustrzec się przed tak głupim żartem - rzekł George.
Draco wyraźnie zbladł na słowa bliźniaków i momentalnie stracił swoją pewność siebie.
- A teraz bądź tak łaskaw i spadaj stąd albo zamienimy cię w coś jeszcze gorszego - powiedział Fred.
- I pamiętaj na przyszłość - z Gryfonami się nie zadziera! - dodał George.
Malfoy spojrzał na nich nienawistnie, ale pobiegł w stronę zamku.
Nastolatka stała zaskoczona całą sceną. Z jednej strony była zszokowana zachowaniem bliźniaków, a z drugiej miała ochotę śmiać się do rozpuku z faktu, że to Malfoy padł ofiarą ich dowcipu. Niestety, ten pojedynek wygrała racjonalnie myśląca Hermiona.
- CZY WYŚCIE POWARIOWALI? - krzyknęła Gryfonka - NIE MOŻNA TAK PO PROSTU ZAMIENIAĆ UCZNIÓW W KANARKI!
Bliźniacy momentalnie zbledli.
- A nie mówiłem, że tak będzie? - szepnął George do Freda.
Fred miał już mu coś odpowiedzieć, kiedy zobaczył, że Hermiona zaczęła się bardzo głośno śmiać.
Śmiała się i śmiała. Bliźniacy byli strasznie rozkojarzeni taką nagłą zmianą nastroju dziewczyny.
- Czy ona czasem nie ma jakiegoś rozdwojenia jaźni? - spytał George Freda.
Gryfon tylko wzruszył ramionami.
- Hermiono, wszystko w porządku? - zapytał delikatnie Fred.
Szatynka spojrzała na niego oczami pełnymi łez ze śmiechu. Otarła sobie je rękawem i starała się opanować ten napad śmiechu. Kiedy już by się wydawało, że się skończył i dziewczyna otwierała usta, żeby coś powiedzieć, nagle znowu wybuchnęła śmiechem.
Bliźniacy patrzyli na dziewczynę bardzo zdziwieni. Rzadko widzieli Gryfonkę chociażby się uśmiechającą, a co dopiero tak szczerze się śmiejąca.
- Chyba powinniśmy zanieść ją do skrzydła szpitalnego - powiedział Fred.
- Też tak myślę - rzekł George.
- Nieee… Hahahahaa… wszystko… hahaha… jest w… hahaha porządku - wydusiła z siebie nastolatka, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
Nagle Fred zaczął śmiać się równie głośno jak Hermiona.
George popatrzył na niego zdziwiony.
- Stary, ty też? Co z wami jest? Czy to zaraźliwe? - zapytał George.
- Tak… Hahahaha… Śmiech jest zaraźliwy… - wydyszała szatynka między wybuchami śmiechu.
George już miał iść powiadomić o tym dziwnym zdarzeniu panią Pomfrey, kiedy sam, nie wiadomo dlaczego zaczął się śmiać do rozpuku. Chciał to przerwać, ale nie potrafił.
Pierwsza przestała się śmiać Hermiona. Chwilę później Fred, a na końcu George.
- Hermiono, co to miało być? - zapytał Fred.
Gryfonka lekko się zarumieniła.
- Ja… ja nie wiem. To było po prostu takie śmieszne. I ten wyraz twarzy Malfoya. Po prostu nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem - wyjaśniła szatynka.
- Uważasz, że nasze kawały są śmieszne? - zapytał George.
- Dobrze wiecie, że nie pochwalam waszych żartów, ale osoba której zrobiliście ten kawał i ogólnie jego koncepcja była genialna - powiedziała Hermiona.
Bliźniacy szczerze się do niej uśmiechnęli.
Dziewczyna spojrzała na zegarek. Za 15 minut ma Zaklęcia.
- Za chwilę mam Zaklęcia. Muszę już iść. Chcieliście mi coś jeszcze przekazać? - zapytała nastolatka.
- Właściwie, to tak… - zaczął Fred.
- Powiecie mi to później. Aha… I dziękuję. Już nie pamiętam kiedy tak bardzo coś mnie rozbawiło - powiedziała Hermiona.
- Cała przyjemność po naszej stronie - krzyknęli za nią Weasleyowie, kiedy biegła na zajęcia.