Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Draco Malfoy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Draco Malfoy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2016

Rozdział 4

Rankiem, kiedy młoda gryfonka szykowała się do zajęć, usłyszała pukanie do okna dormitorium. Podeszła do niego i za szybą ujrzała sowę - szarą płomykówkę. Otworzyła okno, wpuszczając ją do pomieszczenia. Odwiązała pergamin z jej nóżki i dała jej smakołyk dla sów. Płomykówka wyfrunęła szybko z dormitorium, wesoło pohukując. Hermiona rozwinęła pergamin i ujrzała schludne pismo, lekko pochylone w prawą stronę. Zaczęła czytać list.



Kochana Hermiono!
Najdroższa Hermiono! 
Droga Hermiono!

Dziś punkt 11 rano, szkolne błonia, niedaleko jeziora. 
Mam szczerą nadzieję, że się pojawisz.

Kochany, zabawny i przystojny
Fred Weasley

Gryfonka nie wiedziała co o tym wszystkim sądzić. Nie chciała łamać zasad, ale z drugiej strony intuicja mówiła jej, że jeżeli nie pójdzie się spotkać się z Fredem, to ominie ją coś ciekawego.
Hermiona ostatniej nocy długo myślała o tej sprawie. I nie tylko o tej. Chłopak wczorajszego wieczora uświadomił jej (bynajmniej nie specjalnie), że jest dużo poważniejsza i dojrzalsza od swoich rówieśników. Nie łamała zasad (bez podstaw do tego), nie bawiła się na tych nielicznych gryfońskich imprezach i siedziała praktycznie przez cały czas z nosem w książkach. Nie żeby taki styl życia jej nie odpowiadał, bo bardzo lubiła swoje poukładane życie, ale w pewnym momencie w to wszystko wkradła się rutyna. Każdy dzień był taki sam. Patrzyła z podziwem na bliźniaków, dla których każda chwila życia była niespodzianką. Szatynka chciałaby mieć takie lekkie podejście do życia jak oni. Chciała coś zmienić w swoim życiu, pragnęła niespodzianek. Właśnie może dlatego postanowiła pierwszy raz od wielu dni posłuchać głosu serca i zerwać się z zajęć i spotkać się z jednym z bliźniaków.
A co! Raz się żyje! - myślała dziewczyna.
Zresztą o jedenastej miała Obronę Przed Czarną Magią, więc zrywając się z lekcji przy okazji zrobi na złość Umbridge. Na jej lekcje przychodziła ledwie garstka uczniów której zależało na ocenach. Wszyscy inni woleli oblać, niż użerać się z tą różową landryną. Tak, warto uciec z tej lekcji chociażby z tego powodu.
                                                                         ***
Kiedy dochodziła jedenasta Harry, Ron i Hermiona byli na szkolnym dziedzińcu. Chłopcy grali w Eksplodującego Durnia wraz z Nevillem i Deanem Thomasem. Hermiona siedziała z boku na ławce i powtarzała wiadomości z Transmutacji. Gryfoni chcieli, żeby dziewczyna z nimi zagrała, ale ona wywinęła się nauką. Nigdy nie przepadała za tą grą.
- O Kurcze! Harry! Zaraz Obrona przed Czarną Magią - powiedział Ron.
Jego przyjaciel popatrzył się i uśmiechnął się dziwnie.
- No i co z tego? Przecież nie chodzimy na zajęcia z tą ropuchą od początku roku. Co, zatęskniłeś za nią? - zażartował Harry, a Dean i Neville (którzy także opuszczali zajęcia prowadzone przez Umbridge) wybuchnęli śmiechem.
Ron nieco zmieszany i czerwony ze wstydu na twarzy powiedział:
- Nie! No coś ty! Ja tylko myślałem, że… trzeba powiedzieć Hermionie, bo ona mimo wszystko chodzi na te zajęcia - skinął głową w stronę dziewczyny.
Gryfonka zaczytała się i zapomniała o bożym świecie. Zawsze, gdy się uczyła albo czytała wyłączała się na wszystko wokół. Była w swoim małym, książkowym świecie, z którego mogła wyrwać ją tylko odpowiedzialność. No i ewentualnie Harry szturchający ją w ramię.
- Hermiono, za 10 minut zajęcia u Umbridge. Powinnaś się już zbierać, jeśli nie chcesz się spóźnić - powiedział chłopak, stojąc nad nią i szturchając ją w ramię.
Szatynka przez chwilę popatrzyła się na niego zawistnym wzrokiem, który oznaczał mniej więcej
"NIE-PRZESZKADZAJ-MI-KIEDY-CZYTAM-BO-SKOŃCZY-SIĘ-TO-DLA-CIEBIE-ŹLE", ale chwilę potem powiedziała spokojnie:
- Nigdzie nie idę.
- Cooo?! - zapytał z niedowierzaniem Ron, podchodząc do przyjaciół.
- Czy w tym coś dziwnego? Może ja też mam już dość tej różowej flądry, hmm? - powiedziała Hermiona - Och, i zapomniałabym, idę, ale na pewno nie na lekcje. Tak się składa, że ktoś na mnie czeka. - widząc malujące się zdziwienie na twarzach Gryfonów, spojrzała na zegarek, chwyciła torbę i pobiegła w stronę błoni.
Harry i Ron jeszcze przez chwilę stali zmieszani zachowaniem Hermiony. Ona, wzorowa uczennica, tak po prostu zrywa się z lekcji? To do niej wielce nie podobne. Po chwili ciszy Weasley odezwał się pierwszy:
- Jak myślisz, kto na nią czeka? Czy… Czy aby Krum nie przyjechał znowu do Hogwartu?
Harry tylko wzruszył ramionami i rzekł:
- Ja bym się raczej zastanawiał nad tym gdzie jest Hermiona Granger i co jej zrobiła ta dziewczyna która była tu przed chwilą.
                                                                       ***
Hermiona szła szybkim krokiem przez zamek, kierując się na błonia. Była obrażona na swoich przyjaciół, że nawet oni traktują ją jak kompletną kujonicę. Ze strony Freda to jeszcze można by zrozumieć, ale oni?! Jej przyjaciele którzy spędzają z nią tyle czasu? Ma przecież inne zainteresowania niż książki… 
No dobra, może nie ma, ale co z tego? Czy ktoś kto jest inteligentny musi być od razu kujonem i kompletnym sztywniakiem? Hermiona wcale kimś takim nie była. Albo tak się jej zdawało.
Gryfonka tak była zajęta monologiem wewnętrznym, że nawet nie zauważyła kiedy znalazła się na błoniach. Właśnie wtedy doszło do niej, że nie ma pojęcia, gdzie to Fred może na nią czekać. W jego liście pisało tylko "szkolne błonia, niedaleko jeziora". To mogło być praktycznie wszędzie! Błonia przecież rozciągały się właściwie praktycznie przez cały teren wokół jeziora.
Gdy szatynka tak się zastanawiała, gdzie to może rudowłosy na nią czekać, usłyszała świergotanie jakiegoś ptaka na pobliskim drzewie. Odwróciła się i zobaczyła kanarka. Jednak wyglądał trochę inaczej niż te kanarki które już kiedyś widywała. Miał żółte piórka, ale takie jakby wypłowiałe z koloru, prawie białe. Zresztą, może to dziwne, bo ptaki raczej nie mają w zwyczaju okazywania swojego nastroju, ale mogłaby przysiąc że wydawał się zirytowany i jakby trochę rozzłoszczony. Ciągle skakał po gałęzi i patrzył się na Hermionę jakby coś chciał jej przekazać.
W końcu zirytowany kanarek odleciał. Hermiona patrzyła jak odfruwa. W pewnej chwili zatrzymał się w powietrzu i obrócił w jej stronę. Znowu zaczął głośno świergotać i patrzeć się na nią.
No tak! Chce żebym za nim poszła! - pomyślała Gryfonka.
Pobiegła za nim w stronę błoni wokół jeziora. Kilka razy prawie zgubiła kanarka, bo te błonia wokoła jeziora były bardziej zarośnięte, ale po kilku jego (jak jej się wydawało) zirytowanych świergotach, odnajdywała go z powrotem.
Nie minęło kilka minut, kiedy dotarła ze swoim "przewodnikiem" na małą polankę. Było na niej mnóstwo kwiatów, ciągnął się z niej cudowny widok na jezioro i nawet z boku płynął mały strumyczek. Pierwsza myśl Gryfonki kiedy ją ujrzała była "Jak tu pięknie". Nie wiedziała, że Hogwardzkie błonia kryją w sobie takie piękne miejsca.
Nagle zza drzew wyszli dwaj młodzi, rośli chłopcy z włosami odcienia płomienie rudego. Byli właściwie identyczni, jeśli nie liczyć kilku szczegółów. Z daleka jednak praktycznie nie dało się ich odróżnić.
Kanarek, który przyprowadził Hermionę w to miejsce, podleciał do jednego z bliźniaków i usiadł mu na ramieniu. Być może dziewczynie się coś przewidziało, ale wydawało jej się, że chłopak coś szepnął do kanarka.
Hermiona ruszyła pewnym krokiem w stronę Gryfonów, zafascynowana tym zdarzeniem.
W jakiś sposób musieli zmusić tego małego ptaszka, żeby poleciał i tu ją przyprowadził. Może go wytresowali?
Kiedy do nich podeszła, z uśmiechem na twarzy powiedzieli równocześnie:
- Cześć Hermiono.
Szatynka też się do nich uśmiechnęła i powiedziała:
- Cześć George, cześć Fred.
- To miłe z twojej strony, że się jednak pojawiłaś - powiedział Fred i puścił jej oczko.
Hermiona uśmiechnęła się zgryźliwie.
- Demoralizujecie mnie. Jak tak dalej będzie to mnie przez was wywalą ze szkoły - powiedziała dziewczyna z dramatycznym akcentem, co rozśmieszyło braci. Przypomniała się jej sytuacja z pierwszego roku. Tyle, że wtedy brała jeszcze na poważniej szkolne zasady niż dziś.
- O niczym innym nie marzymy! - odezwał się Fred.
- Gdyby to zależało od Umbridge, to połowa uczniów już dawno wyleciałaby ze szkoły - dodał George - Auu - syknął kiedy kanarek siedzący mu na ramieniu dziabnął go w szyję - No dobra, już dobra - powiedział Gryfon.
Hermiona była strasznie zdziwiona. Dlaczego George mówi do tego kanarka? To ewidentnie nie mógł być zwyczajny ptak…
- Hermiono. Teraz się nie przestrasz. Uwierz, chcieliśmy mu tylko dać nauczkę - szepnął do niej Fred, kiedy George wyciągnął różdżkę i skierował ją na kanarka.
Po chwili ptak zaczął rosnąć i  zmieniać się gwałtownie. Przed trójką uczniów Gryffindoru leżał Dracon Malfoy.
- Malfoy?! - krzyknęła dziewczyna.
Ślizgon wstał i popatrzył się na nią i Weasleyów z pogardą.
- Mój ojciec się o tym dowie! - wrzasnął do nich.
Bliźniacy tylko uśmiechnęli się szerzej.
- O, na pewno? A czy chciałbyś, żeby ktokolwiek dowiedział się, że ci "zdrajcy krwi" Weasleyowie zamienili cię w małego, bezbronnego ptaszka, co? - powiedział kpiąco Fred.
- Tak potężny i złowrogi czarodziej jak Lucjusz Malfoy, chyba by się zapadł ze wstydu, gdyby się dowiedział, że jego synek nie potrafi nawet ustrzec się przed tak głupim żartem - rzekł George.
Draco wyraźnie zbladł na słowa bliźniaków i momentalnie stracił swoją pewność siebie.
- A teraz bądź tak łaskaw i spadaj stąd albo zamienimy cię w coś jeszcze gorszego - powiedział Fred.
- I pamiętaj na przyszłość - z Gryfonami się nie zadziera! - dodał George.
Malfoy spojrzał na nich nienawistnie, ale pobiegł w stronę zamku.
Nastolatka stała zaskoczona całą sceną. Z jednej strony była zszokowana zachowaniem bliźniaków, a z drugiej miała ochotę śmiać się do rozpuku z faktu, że to Malfoy padł ofiarą ich dowcipu. Niestety, ten pojedynek wygrała racjonalnie myśląca Hermiona.
- CZY WYŚCIE POWARIOWALI? - krzyknęła Gryfonka - NIE MOŻNA TAK PO PROSTU ZAMIENIAĆ UCZNIÓW W KANARKI!
Bliźniacy momentalnie zbledli.
- A nie mówiłem, że tak będzie? - szepnął George do Freda.
Fred miał już mu coś odpowiedzieć, kiedy zobaczył, że Hermiona zaczęła się bardzo głośno śmiać.
Śmiała się i śmiała. Bliźniacy byli strasznie rozkojarzeni taką nagłą zmianą nastroju dziewczyny.
- Czy ona czasem nie ma jakiegoś rozdwojenia jaźni? - spytał George Freda.
Gryfon tylko wzruszył ramionami.
- Hermiono, wszystko w porządku? - zapytał delikatnie Fred.
Szatynka spojrzała na niego oczami pełnymi łez ze śmiechu. Otarła sobie je rękawem i starała się opanować ten napad śmiechu. Kiedy już by się wydawało, że się skończył i dziewczyna otwierała usta, żeby coś powiedzieć, nagle znowu wybuchnęła śmiechem.
Bliźniacy patrzyli na dziewczynę bardzo zdziwieni. Rzadko widzieli Gryfonkę chociażby się uśmiechającą, a co dopiero tak szczerze się śmiejąca.
- Chyba powinniśmy zanieść ją do skrzydła szpitalnego - powiedział Fred.
- Też tak myślę - rzekł George.
- Nieee… Hahahahaa… wszystko… hahaha… jest w… hahaha porządku - wydusiła z siebie nastolatka, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
Nagle Fred zaczął śmiać się równie głośno jak Hermiona.
George popatrzył na niego zdziwiony.
- Stary, ty też? Co z wami jest? Czy to zaraźliwe? - zapytał George.
- Tak… Hahahaha… Śmiech jest zaraźliwy… - wydyszała szatynka między wybuchami śmiechu.
George już miał iść powiadomić o tym dziwnym zdarzeniu panią Pomfrey, kiedy sam, nie wiadomo dlaczego zaczął się śmiać do rozpuku. Chciał to przerwać, ale nie potrafił.
Pierwsza przestała się śmiać Hermiona. Chwilę później Fred, a na końcu George.
- Hermiono, co to miało być? - zapytał Fred.
Gryfonka lekko się zarumieniła.
- Ja… ja nie wiem. To było po prostu takie śmieszne. I ten wyraz twarzy Malfoya. Po prostu nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wybuchnąć śmiechem - wyjaśniła szatynka.
- Uważasz, że nasze kawały są śmieszne? - zapytał George.
- Dobrze wiecie, że nie pochwalam waszych żartów, ale osoba której zrobiliście ten kawał i ogólnie jego koncepcja była genialna - powiedziała Hermiona.
Bliźniacy szczerze się do niej uśmiechnęli.
Dziewczyna spojrzała na zegarek. Za 15 minut ma Zaklęcia.
- Za chwilę mam Zaklęcia. Muszę już iść. Chcieliście mi coś jeszcze przekazać? - zapytała nastolatka.
- Właściwie, to tak… - zaczął Fred.
- Powiecie mi to później. Aha… I dziękuję. Już nie pamiętam kiedy tak bardzo coś mnie rozbawiło - powiedziała Hermiona.
- Cała przyjemność po naszej stronie - krzyknęli za nią Weasleyowie, kiedy biegła na zajęcia.
 
         Kilka słów od Astry
Witajcie kochani! Na początku chciałabym podziękować wam za komentarze pod poprzednimi rozdziałami. One naprawdę motywują do pracy! Jeśli więc jesteś tu, czytasz i zaglądasz, to moją prośbą do ciebie jest to, abyś skomentował/a ten post :)
Co do rozdziału - szczerze? Niezbyt mi się podoba. Pisałam go w trochę złym humorze, co ewidentnie się na nim odbija. Nie przejmujcie się, Fremione "z prawdziwego zdarzenia" zacznie się już niedługo, na razie musicie przetrwać kreowanie osobowości Freda i Hermiony i ogólnie wszystkiego tylko nie ich zażyłości :)
Pozdrawiam gorąco
~Astrum Confusa

niedziela, 14 lutego 2016

Rozdział 2

* Z perspektywy Freda

Fred nie miał już pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Dlaczego ta sprawa wywoływała w nim takie emocje? Gdyby nie one, już dawno śmiałby się z tej sprawy z Georgem. A on nawet mu o niej nie powiedział! Czyżby on, Fred Weasley, jeden z dwóch największych żartownisów jakich znał czarodzejski świat, zadręczał się jakąś tam sprawą o naruszenie czyjeś prywatności? Nie! Fred Weasley śmiałby się z tego do rozpuku. Co go, więc tak dręczyło? Choć sam nie chciał tego przed sobą przyznać, ale zaczął patrzeć na Hermionę jak na dziewczynę, naprawdę miłą dziewczynę, a nie tylko prymuskę i przyjaciółkę jego brata. Do tej pory była dla niego jak siostra, tak wiele czasu spędzała przecież w Norze. Tamtego wieczora ujrzał w niej coś co go urzekło. Jej niepewność. Niepewność Hermiony Granger, dziewczyny która niczym lwica zawsze broniła swoich racji.

*Znów z perspektywy Hermiony

Gryfonce jak nigdy, podróż się dłużyła. Harry i Ron grali w czarodziejskie szachy i zdawali się nie zauważać jej znudzenia. Mogła przeczytać jakąś książkę, ale wszystkie znajdowały się w kufrze, w dodatku na samym dnie, więc nie chciało jej się robić zachodu. Postanowiła przejść się po pociągu. Stała już przy wyjściu z przedziału, gdy usłyszała za plecami głos Harry'ego:
- Gdzie idziesz Hermiono? - zapytał.
Hermiona odwróciła się do niego i lekko się uśmiechnęła na widok skupionego do granic możliwości Rona, zastanawiającego się jaki ruch wykonać.
- Przespacerować się. Za chwilę wrócę - odpowiedziała dziewczyna na pytanie przyjaciela i wyszła z przedziału.
Szła tak po wagonach, przyglądając śmiejącym się uczniom, plotkującym dziewczętom i podekscytowanym swoim pierwszym rokiem nowym uczniom Hogwartu. Stanęła przy oknie w jednym z wagonów, opierając czoło o szybę. Patrzyła na leśny krajobraz, rozmywający się bardzo szybko. Było dziś na dworze buro i zimno, co zdecydowanie odbiło się na jej samopoczuciu. Myślała o wszystkim i o niczym. O sprawach tak ważnych jak rodzina, nauka czy przyjaciele, jak i o tak błahych jak ciekawość kim to będzie nowy nauczyciel Obrony przed czarną magią. Z rozmyślań wyrwał ją cyniczny głos.
- No, no, kogo my tu mamy. Szlama Granger we własnej osobie - zadrwił Malfoy, a stojący za nimi Crabbe i Goyle zaśmiali się głośno - gdzie twoi ukochani przyjaciele? Bliznowaty i ten biedak Weasley? - zasyczał złośliwie Ślizgon.
Hermiona strasznie wściekła na to, że taki arystokratyczny dupek jak Draco Malfoy drwi z jej przyjaciół, wyciągnęła różdżkę i przystawiła mu ją do gardła.
- NIE WAŻ SIĘ WYŚMIEWAĆ Z MOICH PRZYJACIÓŁ - wysyczała chłopakowi do ucha po czym dodała - głupi i nadęty dupku, jak kto woli - panie FRETKO.
Hermiona wiedziała gdzie uderzyć. Była świadoma jak bardzo było to upokarzające wspomnienie dla Malfoya. Cały poczerwieniał na twarzy ze złości i posłał Hermionie takie spojrzenie, że gdyby spojrzenia mogły zabijać, to ona z pewnością leżałaby już martwa.
- Crabbe, Goyle co tak stoicie! - wrzasnął do swoich współtowarzyszy, którzy stali z boku, nerwowo spoglądając na różdżkę w ręku Hermiony. Wiedzieli, że zna mnóstwo niepokojących zaklęć, których była gotowa na nich rzucić. Malfoy wiedział, że owi Ślizgoni są kompletnymi idiotami i nie potrafią rzucić nawet dobrze tak prostego zaklęcia jak Wingardium Leviosa, którego uczyli się na pierwszym roku, ale ciągle byli przecież silniejsi od dziewczyny!
- Złapcie ją! Obezwładnijcie! Cokolwiek! - krzyczał blondyn.
Hermiona do tej pory przypatrywała się ze złośliwym uśmiechem na ustach panikującemu Draconowi, ale jak usłyszała polecenie jakie wydał dwóm pozostałym chłopakom, odruchowo odwróciła głowę w ich stronę. Malfoy tylko na to czekał. Korzystając z nieuwagi dziewczyny, wytrącił jej różdżkę z ręki. Hermiona dopiero po krótkiej chwili zrozumiała co zrobił Ślizgon. Podłożył jej swoją różdżkę do gardła. Teraz to na jego twarzy wymalowany był ten chciwy uśmieszek, co nie tak dawno na twarzy gryfonki. Hermiona była przerażona. Jakby nie było, była otoczona przez trzech mieszkańców domu Salazara Slytherina i to w dodatku totalnie bezbronna! Draco widząc strach malujący się w jej oczach, uśmiechnął się jeszcze bardziej złośliwie.
- Szlama lubi się bawić, tak? Ja już się z nią pobawię - wycharczał i już otwierał usta, żeby wypowiedzieć jakieś zaklęcie, gdyby nie to, że trafiło go zaklęcie wycelowane przez kogoś na końcu wagonu. Szatynka spojrzała w tamtą stronę To był nie kto inny jak Fred Weasley.
Nogi Malfoya zaczęły się trząść. Zaklęcie galaretowatych nóg. Crabbe i Goyle uciekli do sąsiedniego wagonu, a Draco krzyczał za nimi i mimo zaklęcia jakim został ugodzony, dotarł jakoś do innego wagonu.
Hermiona popatrzyła w stronę swojego "wybawcy", który właśnie zmierzał w jej stronę.
- On mnie prześladuje, czy co? - pomyślała Hermiona.
Od wczoraj spotkali się tyle razy co zwykle przez miesiąc. Niby się znali i lubili, ale raczej nie wpadali na siebie na każdym kroku.
- Wszystko w porządku Hermiono? - zapytał rudowłosy chłopak.
Dziewczyna spojrzała na niego i pokiwała głową.
- Tak, wszystko dobrze. Dlaczego się tu znalazłeś? - zapytała Gryfonka. Miała na myśli to, skąd wiedział, że tu jest.
- Właściwie powinienem spytać cię o to samo - powiedział i uśmiechnął się tajemniczo. Dziewczyna rozejrzała się dookoła.
Na Merlina! Znajdowali się w wagonie Slytherinu! Hermiona musiała się zamyślić i nawet nie zauważyć gdzie przystanęła.
- Ja… Uhm… spacerowałam i tu przystanęłam, no i sam wiesz kogo spotkałam - Hermiona się zawstydziła. Merlinie, to już drugi raz jak zawstydza się w towarzystwie tego chłopaka! Zaraz ją uzna za jakąś wariatkę! No, ale zawstydzającym był fakt, że ona Hermiona Granger, Gryfonka zawsze zdrowo i rozsądnie myśląca, jak jakiś pierwszak udała się do wagonu znienawidzonego domu.
Fred uśmiechnął się, widząc malujące się rumieńce na policzkach Hermiony. Szybko skarcił się w myślach za to, że uznał to za słodkie. To Hermiona Granger, nie powinien o tym zapominać.
- Jeśli chodzi o to jak tu się znalazłem, to wracam z wagonu Hufflepuffu. Miałem tam coś do załatwienia - wyjaśnił dziewczynie Gryfon.
- Ach, tak…- wymamrotała nastolatka, czując jakby mała szpileczka wbijała jej się w serce.  Nie, nie, nie. To Fred Weasley, nie powinna o tym zapominać.
- Jasne, rozumiem. Dobrze, że tu się znalazłeś, nie wiem co by się stało, gdyby nie ty - podziękowała szatynka chłopakowi i spuściła wzrok.
- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział Fred - To chyba jesteśmy kwita, co?
Hermiona przez chwilę nie wiedziała o czym mówi chłopak, ale szybko do niej dotarło, że chodzi mu o wczorajszą sytuację. Chciała mu wytłumaczyć, że przecież nie ma o to żalu do niego, ale już i tak wystarczająco była różowa na twarzy i nie chciała dawać sobie więcej powodów, żeby się zawstydzić. Dlatego tylko kiwnęła głową.
- Choć, odprowadzę cię do wagonu - zaproponował Fred. 
Hermiona prychnęła i spojrzała na niego.
- Uważasz, że nie poradziłabym sobie z Malfoyem, zwłaszcza po tym jak dostał twoim zaklęciem? - spytała szatynka ironicznie.
- Ależ oczywiście, że byś sobie poradziła! Jakbyś nie zauważyła znajdujemy się na terenie wroga i każda różdżka do pomocy się przyda, a ja tak naprawdę chciałem żebyś była obok, wrazie gdyby cały Slytherin zaatakował nas za to, że łazimy po ich wagonie! - powiedział Fred i uśmiechnął się szeroko.
Hermiona zaśmiała się szczerze i powiedziała:
- To lepiej chodźmy, nie wiadomo co tym wężom przyjdzie do głowy - złapała go za nadgarstek i pociągnęła w stronę wagonów Gryffindoru.